Moja przyjaciółka z całą swoją rodziną leciała dzisiaj na egzotyczne wakacje. Bardzo żałuję, że z nimi nie poleciałam i nie dlatego, że tęsknię za luksusem śródziemnomorskich kurortów, ale dlatego, że chciałabym ich poobserwować w podróży.
Nieszczęśliwie się stało, że jej mąż, na kilka dni przed długo planowanym i wymarzonym urlopem zachorował na wyjątkowo paskudną i złośliwą anginę. Nie bardzo mógł mówić, miał wysoką gorączkę i ledwo powłóczył nogami z ogólnego osłabienia organizmu. Zaraził też starszą córkę (albo ona jego - spór trwa).
Jednak lekarze zezwolili im lecieć, pod pewnymi warunkami, że: podczas lotu będą mieli maseczki na twarzach (jak dr Burski albo Michael Jackson) z powodu szkodliwości klimatyzacji samolotowej, że zabiorą ze sobą walizkę leków (taką z tych mniejszych) i że przez 1 tydzień nie będą obciążać organizmów forsującymi zajęciami typu pluskanie się w basenie i wylegiwanie na słońcu.
Moja przyjaciółka natomiast cierpi na paniczny strach przed lataniem. Taka „lataniofobia”. W samolocie przestaje się kontrolować: szlocha, bluźni, żegna się z rodziną, ściska oparcia fotela siłą strongwomanki, doszukuje się usterek w kabinie oraz zarzuca pilotom niekompetencje i brak wystarczającej liczby godzin spędzonych w symulatorze lotów. Tym razem postanowiła zapobiec takiej niekontrolowanej reakcji organizmu i zabrała ze sobą silny psychotrop o działaniu uspokajającym.
Zatem, jedyną sprawną na ciele i umyśle w tej ekipie miała być najmłodsza córka – przedszkolaczka.
Eh, co ja bym dała, żeby ich zobaczyć.
czwartek, 1 lipca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz