Dzięki mojej mamie poznałam pewien fenomen telewizyjny - Moda na sukces. Średnio co pół roku oglądam to to i w 3 minuty orientuję się w akcji. Nie jest to trudne, bo główny wątek: Ridż jest z Bruk/Ridż jest z Tejlor od lat się nie zmienia. Dla urozmaicenia między Ridżem a Ridżem, zarówno Bruk jak i Tejlor bywają żonami mężczyzn bliżej lub dalej spokrewnionych z… Ridżem - ojciec, jeden brat, drugi brat, syn, teść…
Że też z tych związków dzieci im się rodzą takie ładne i zdrowe? Przy tak hermetycznej puli genetycznej powinny wychodzić same paralityki. Ale nie, okazy zdrowia i urody - żeby za 1000 odcinków Bruk mogła się zakochać do szaleństwa i spłodzić… kolejnego kochanka dla Tejlor.
Ta sodomia i gomoria tak to się ciągnie już 5071 odcinek. I nic się nie zmienia.
Tylko coś Ridż się postarzał… Bruk nic, zero, nawet się wylaszczyła na stare lata. Ale co się stało w twarz Tejlor? Jezusicku! W górną wargę ją strasznie osy pokąsały (w dolną też, ale mniej) i doznała jakiegoś głębokiego paraliżu mięśni twarzy. Bidula. To musi być straszna tragedia dla aktorki, bo przecież mimika jest głównym narzędziem pracy aktora. Ale jak to się mogło stać??? Że tak w usta ją pożądliły te wstrętne, agresywne owady? Chyba trąciła jakiś rój, podczas spożywania konfitur. Tylko po co smarowała sobie biust tymi konfiturami?
poniedziałek, 12 lipca 2010
wtorek, 6 lipca 2010
"B" jedzie na wakacje
"B" przed wyjazdem z córką na wczasy do ciepłych krajów (na 6 dni!) opowiada, co ze sobą zabiera:
...mamy wieeelkie walizy, mnóstwo rzeczy jest potrzebne, np. bierzemy 4 balsamy do ciała, bo przecież: przed opalaniem, po opalaniu, potem człowiek spocony to trzeba wziąć prysznic, to też balsam potrzebny, po prysznicu. (przeznaczenia czwartego nie wyjaśniła).
Bierzemy też czajnik elektryczny, bo w trzygwiazdkowych hotelach nie ma lodówki, a ciepła cola jest ohydna i nie gasi pragnienia..."
...mamy wieeelkie walizy, mnóstwo rzeczy jest potrzebne, np. bierzemy 4 balsamy do ciała, bo przecież: przed opalaniem, po opalaniu, potem człowiek spocony to trzeba wziąć prysznic, to też balsam potrzebny, po prysznicu. (przeznaczenia czwartego nie wyjaśniła).
Bierzemy też czajnik elektryczny, bo w trzygwiazdkowych hotelach nie ma lodówki, a ciepła cola jest ohydna i nie gasi pragnienia..."
niedziela, 4 lipca 2010
Jezusmaryja!!!!
Chyba zaraz osiwieję. O 23:00 Państwowa Komisja Wyborcza podała, że Komorowski wygrał z Kaczyńskim 1 procentem, ale że jutrzejsze, ostateczne wyniki mogą odwrócić sytuację.
Na zapalenie płuc można umrzeć...
Usłyszała fajne porównanie dotyczące dzisiejszego wyboru, przed którym zostaliśmy postawieni: angina lub zapalenie płuc. Na szczęście większość rodaków wykazała się podstawową wiedza na temat medycyny.
czwartek, 1 lipca 2010
Eh! Tak chociaż zdjęcie komórką...
Moja przyjaciółka z całą swoją rodziną leciała dzisiaj na egzotyczne wakacje. Bardzo żałuję, że z nimi nie poleciałam i nie dlatego, że tęsknię za luksusem śródziemnomorskich kurortów, ale dlatego, że chciałabym ich poobserwować w podróży.
Nieszczęśliwie się stało, że jej mąż, na kilka dni przed długo planowanym i wymarzonym urlopem zachorował na wyjątkowo paskudną i złośliwą anginę. Nie bardzo mógł mówić, miał wysoką gorączkę i ledwo powłóczył nogami z ogólnego osłabienia organizmu. Zaraził też starszą córkę (albo ona jego - spór trwa).
Jednak lekarze zezwolili im lecieć, pod pewnymi warunkami, że: podczas lotu będą mieli maseczki na twarzach (jak dr Burski albo Michael Jackson) z powodu szkodliwości klimatyzacji samolotowej, że zabiorą ze sobą walizkę leków (taką z tych mniejszych) i że przez 1 tydzień nie będą obciążać organizmów forsującymi zajęciami typu pluskanie się w basenie i wylegiwanie na słońcu.
Moja przyjaciółka natomiast cierpi na paniczny strach przed lataniem. Taka „lataniofobia”. W samolocie przestaje się kontrolować: szlocha, bluźni, żegna się z rodziną, ściska oparcia fotela siłą strongwomanki, doszukuje się usterek w kabinie oraz zarzuca pilotom niekompetencje i brak wystarczającej liczby godzin spędzonych w symulatorze lotów. Tym razem postanowiła zapobiec takiej niekontrolowanej reakcji organizmu i zabrała ze sobą silny psychotrop o działaniu uspokajającym.
Zatem, jedyną sprawną na ciele i umyśle w tej ekipie miała być najmłodsza córka – przedszkolaczka.
Eh, co ja bym dała, żeby ich zobaczyć.
Nieszczęśliwie się stało, że jej mąż, na kilka dni przed długo planowanym i wymarzonym urlopem zachorował na wyjątkowo paskudną i złośliwą anginę. Nie bardzo mógł mówić, miał wysoką gorączkę i ledwo powłóczył nogami z ogólnego osłabienia organizmu. Zaraził też starszą córkę (albo ona jego - spór trwa).
Jednak lekarze zezwolili im lecieć, pod pewnymi warunkami, że: podczas lotu będą mieli maseczki na twarzach (jak dr Burski albo Michael Jackson) z powodu szkodliwości klimatyzacji samolotowej, że zabiorą ze sobą walizkę leków (taką z tych mniejszych) i że przez 1 tydzień nie będą obciążać organizmów forsującymi zajęciami typu pluskanie się w basenie i wylegiwanie na słońcu.
Moja przyjaciółka natomiast cierpi na paniczny strach przed lataniem. Taka „lataniofobia”. W samolocie przestaje się kontrolować: szlocha, bluźni, żegna się z rodziną, ściska oparcia fotela siłą strongwomanki, doszukuje się usterek w kabinie oraz zarzuca pilotom niekompetencje i brak wystarczającej liczby godzin spędzonych w symulatorze lotów. Tym razem postanowiła zapobiec takiej niekontrolowanej reakcji organizmu i zabrała ze sobą silny psychotrop o działaniu uspokajającym.
Zatem, jedyną sprawną na ciele i umyśle w tej ekipie miała być najmłodsza córka – przedszkolaczka.
Eh, co ja bym dała, żeby ich zobaczyć.
Numerek
Wczoraj o 1 w nocy miałam dziwny telefon. Numer zastrzeżony, ale z ciekawości odebrałam. Najpierw usłyszałam sapanie i dyszenie a’la „sexilaski” z TVN Turbo. Ciekawość jednak nie pozwoliła mi się rozłączyć. Pomyślałam, że to jakiś "superśmieszny" żart, ale po kolejnych kilku ekstatycznych uniesieniach w końcu „sexilaska” przemówiła jękliwym głosem: „Kryśka, ja rodzę”.
Hmm. To chyba jednak nie żart. Po kilku próbach, z mojej strony, tłumaczenia, że ja to jednak nie Kryśka, skurcze zrobiły małą przerwę i „seksilaska” spokojnym głosem przeprosiła za pomyłkę i wytłumaczyła ją zdenerwowaniem.
Rozumiem. Nie mam żalu.
Hmm. To chyba jednak nie żart. Po kilku próbach, z mojej strony, tłumaczenia, że ja to jednak nie Kryśka, skurcze zrobiły małą przerwę i „seksilaska” spokojnym głosem przeprosiła za pomyłkę i wytłumaczyła ją zdenerwowaniem.
Rozumiem. Nie mam żalu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)